Trwałe skrzynie
Jakiś czas temu moja firma zorganizowała dla pracowników obóz przetrwania w ramach wewnętrznej integracji zespołu. O tym, że zostaniemy poddaniu różnymi dziwnym zadaniom wiedzieliśmy już przed wyjazdem. Z tego też względu zmuszona byłam wybrać się wcześniej na zakupy, aby nabyć stroje sportowe, typu adidasy i dres, czego wcześniej moja szafa nie widziała. Mimo że wiedział, iż nasza obecność na trzydniowym spotkaniu w Bieszczadach będzie raczej ciężką pracą fizyczną, a nie leniwym odpoczynkiem, to przyznam szczerze, że czegoś takiego, co mnie tam spotkało, nie spodziewałam się w najgorszych snach. Survival, który zorganizowała nam firma wynajęta przez szefa, raczej w niewielkim stopniu, przynajmniej dla mnie był zabawny. Już po przyjeździe do jakieś niewielkiej osady wśród bieszczadzkich lasów, podzieleni zostaliśmy na dwie drużyny i już tak od razu, na rozgrzanie można rzec, przydzielono nam zadanie: znaleźć sobie obiad. każda z drużyn dostała po dwie średniej wielkości skrzynie, do których mogła gromadzić wszystko to, co chętnie zje na obiad. A gdzie był obiad? Gdzieś w lesie, jak się dowiedzieliśmy. I tak zmęczeni po kilkugodzinnej podróży, głodni, wzięliśmy nasze skrzynie i ruszyliśmy na polowanie. Całe szczęście, że niczego nie trzeba było zabijać, a skrzynie dość szybko wypełniły się produktami poukrywanymi w różnych jamach. Ale to nie był koniec atrakcji na pierwszy dzień. Noc była o wiele ciekawsza. Po obiedzie i zapoznaniu się z zespołem ludzi, którzy zorganizowali dla nas tę niebywałą przygodę, ktoś z naszej firmy zadał śmieszne, ale jakże jednocześnie poważne pytanie, gdzie my w ogóle będziemy nocować. I szybko się okazało, że owszem będziemy, jeśli w leśnej głuszy, w której na domiar wszystkiego było już okropnie ciemno, znajdziemy nasz obóz. W przeciwnym razie możemy spać na polanie, a na której biesiadowaliśmy i oczekiwać spotkania z niedźwiedziem. Ruszyliśmy więc na kolejne poszukiwania, mając do dyspozycji tylko dwie niewielkie latarki. Pewnie myślicie, dlaczego nie wzięliśmy ich więcej. Cóż, może i nawet chcieliśmy, ja na pewno, ale latarki to był luksus, który można było wygrać w konkursie matematycznym. A niestety, w naszej typowo humanistycznej firmie nikt na matematyce za bardzo się nie znał. Tak więc, mając do dyspozycji dwie wątłe latarki ruszyliśmy szukać naszego obozu, co zajęło nam chyba ze dwie godziny. Te dwie godziny spędzone na błądzeniu po lesie, którego nie znamy, w ciemnościach, z mnóstwem latających robali i dziwnych odgłosów z krzaków sprawiły, że całkowicie straciłam zapał do przeżywania przygody. Byłam zmęczona, zmarznięta i marzyłam tylko o tym, by się wykąpać i położyć do łóżka. Ale jak miało się wkrótce okazać, na łóżko, a tym bardziej na gorącą kąpiel w wannie nie miałam co liczyć. PO dotarci na miejsce, które okazało się być naszym obozem, okazało się, że obóz w danej chwili stanowiły liczne skrzynie transportowe, które skrywały w sobie narzędzia, plandeki, drewniane belki, koce, z których jak się okazało możemy sobie zbudować obóz. Nie wiedziałam, czy wybuchnąć wówczas płaczem, czy zacząć się śmiać. Patrzyłam na ustawione w kółko skrzynie transportowe i miałam ochotę kogoś pobić. Tym bardziej, że ludzie, którzy to zorganizowali z naszym szefem na czele, najwyraźniej świetnie się bawili. Ale co mogłam zrobić? Nie wróciłabym przecież sam do domu, nie mam nawet prawa jazdy. Pozostało mi zaakceptować skrzynie transportowe wokół ogniska, jako perspektywę obozu i wziąć się do pracy, by położyć się przed świtem, kiedy to mieliśmy mieć pobudkę, i chwilę odpocząć